Poradnik

  • Fakty i mity

    Modyfikacje ciała zaczynają obrastać pewnym „tłuszczykiem“ bzdur na temat robienia sobie kuku. Staramy się być siłownią zwalczającą taki nadmiar ciała, ale jak udowadniają nam fora internetowe zwiedzane przez nastolatki, nie jesteśmy skuteczni. Każdy słyszał kiedyś banialuki podane w tak przekonujący sposób, że zaczynał się nad tym zastanawiać. W zasadzie to kochamy tego typu mity, cieszymy sie, że wszelkiej maści „specjalisty“ je tworzą, bo mamy potem co obalać.

    Hitem był kiedyś tatuaż z koziego mleka. Tatuażyści wiedzą ile razy, niczym mantrę, musieli klepać regułkę, że czegoś takiego się nie wykonuje. I wielkie jajo z tego klepania, bo trzeba to powtarzać nadal. Dawno temu jakiś dowcipniś rzucił sobie taki żarcik i przerosła go jego popularność. Taki tatuaż miał być niewidzialny na co dzień, a pojawiać się dopiero po opalaniu. Druga wersja: początek ten sam, różnica w tym, że boski tribalek pojawiał się nie po opalaniu, ale w ultrafioletowym świetle. Nie chce mi się znowu powtarzać, że ktoś sobie zakpił, że to bzdura. Kto zostawił kiedyś na dłużej mleko w cieple, wie jak potrafi ono zniewalająco pachnieć i jakie efekty wizualne można zostawić w toalecie po zbyt bliskim spotkaniu z ferentacją. Czy wydaje wam się normalne wprowadzenie tak, nietrwałej chemicznie substancji pod skóre? Jeśli nie widzicie w tym nic złego, gratuluję! Jesteście udanym eksperymentem: żyjący dawcy mózgu…
    Pod powyższy bzdet podciągany był tatuaż wykonany „cielistym“ kolorem. Po zagojeniu w pewnym stopniu znika i jest trochę bardziej widoczny po opalaniu. Ale to inna para kaloszy. Ultrafioletowe światło sprawia magiczne świecenie białego koloru, co nie jest niczym niezwykłym. Ewentualnie barwnik UV. To kolejny „hicior“ wśród plotomatów. Cóż, ciężko tutaj powiedzieć coś więcej ze względu na brak stałego dostawcy tego typu pigmentów. Tylko jeden sklep oferuje takie farby. Faktycznie środki w nich zawarte po oświetleniu UV zaczynają intensywnie odbijać światło. Nie jest to bzdet, tylko fakt. Kolory na skórze przy zwykłym oświetleniu nie są powalająco intensywne. Ciężkie do opisania jest bezpieczeństwo tych farb. Choć na rynku już jakiś czas są, to jednak zbyt krótko, żeby mówić o przejściu próby czasu.

    Ukochanym przeze mnie tematem jest tatuaż czasowy. Cztery lata temu każdy się tym zachwycał i uważał to za świetny pomysł. Pierdoły do kwadratu! Tatuaż czasowy w polskim wydaniu to stosowanie igieł o średnicy 0.20 albo 0.25 mm, stosowanie chrzczonej wodą destylowaną zwykłej farby i muskanie skóry, a nie tatuowanie. Później jeszcze modlitwa, żeby się nie okazało, że ręka się obsunęła i poszło zbyt głęboko. Zawsze zalecałem sporządzenie oświadczenia podpisanego przez takiego „miszcza“, rodzaj gwarancji, że tatuaż faktycznie zniknie po pięciu latach i nie będzie blizn. Z wywiadu wiem, że raczej nikt nie odważył się tego podpisać. Na efekty nie trzeba było długo czekać: niebieskie plamy i chowanie blizn pod normalnym tatuażem. Takie zabawy to poprostu podwójne koszta.

    Reakcje alergiczne na kolory 50/50. To nie jest dosłownie alergia na kolor. Nie jest tak, że widzimy na sobie zieloną barwę i dostajemy wysypki albo mamy mdłości. Większe ryzyko wystąpienia czasowych reakcji alergicznych istnieje w przypadku czerwieni, a dokładnie składu chemicznego tego barwnika. Nie dotyczy to jednak każdej czerwonej farby każdego producenta. Barwniki przeznaczone do tatuażu mają spełniać określone normy i muszą być bezpieczne. Organizmy ludzkie różnią się jednak od siebie i niekiedy nie można mieć 100% pewności, że wszystko będzie ok. Tatuaż to w końcu ingerencja w nasze ciało. Ale celem producentów jest minimalizacja ryzyka powikłań.

    Teraz trochę o kolczykach. Przebicie brwi powoduje jej opadanie i facjatę jak u Gołoty. Czyli kolczyk pełni funkcje spinacza do papieru tak? Kiedy go wyjmę stanę się jednooki? Teoretycznie istnieje możliwość naruszenia unerwienia, ale na powiece. Przebijając brew, nie trzeba tej igły wciskać Bóg wie gdzie. Jest to kolejna „pitologia“. Mamuśki, których córy wymyśliły sobie kolczyk, prześcigają się w produkowaniu coraz to ciekawszych „perełek“, aby odwieść je od takich decyzji. Idziemy dalej: przebicie nosa nie spowoduje utraty węchu. Na chwilę zatrzymam się przy języku. Umieszczenie w nim kawałka metalu nie spowoduje utraty określonego smaku. Kubki smakowe są rozrzucone po całym języku, a podczas przebijania narusza się ich zaledwie kilka. Po zakolczykowaniu i wygojeniu miejsca przebicia nadal będziemy mogli w pełni delektować się obrzydliwym smakiem lekarstw. Uszkodzenie szkliwa zębów to co innego. Poza możliwością schrupania kolczyka i ukruszenia zęba, ubytki może spowodować również kiepskiej jakości materiał. Kiedy kolczyk wykonany jest z nędznej jakości stali chirurgicznej, reakcje chemiczne powstałe w wyniku oddziaływania śliny na materiał powodują osłabienia szkliwa. W przypadku kolczyków wykonanych z tworzyw sztucznych, taki problem nie występuje. Pojawia się inny, sprawa dla gastrologa. Przy typowych przebiciach sztanga kolczyka z takiego tworzywa może zostać zjedzona, łącznie z metalowymi kulkami. Wtedy cóż… Przy bardzo osobistej czynności można usłyszeć dzwonienie muszli. Z zagadnień owianych bzdurami można jeszcze wyszczególnić migrację kolczyka. To nie jest tajemnicze zniknięcie naszej biżuterii, która wyjechała w celach zarobkowych. Pod tym pojęciem mieści się odrzucenie kolczyka przez organizm spowodowane nadmiernym podrażnieniem, źle dobraną długością kolca, nieprawidłowym przebiciem albo nieodpowiednim materiałem, z którego zrobiona jest biżuteria.

    To tylko kilka ciekawostek, jakich można się dowiedzieć z różnych stron internetowych i jakie można usłyszeć od „specjalistów“. Jest tego o wiele więcej, ale brakło by nam pisma na zwalczenie wszystkiego. Czy zatem warto pytać o rzeczy, które wydają się wam śmieszne? Jeśli macie zamiar puszczać w obieg jakąś informację, zawsze warto sprawdzić czy przypadkiem nie powtarza się bajeczek z palca wyssanych. Nie ma głupich pytań są tylko głupie odpowiedzi.

  • Artykuł autorstwa: Michał (Dante) - Tattoo Fest 12/04 2008

  • Ile Kosztuje Tatuaż ?

    Tatuażyści zapewne chcieliby, aby ceny były uzależnione od poziomu IQ klienta. Im niższy, tym cena wyższa. Ile razy można tłumaczyć się ze swojego cennika, słysząc: czemu aż tyle? Jakoś nie możemy przeskoczyć bariery kombinatoryki narodowej. Ręcznik papierowy tyle, folia tyle, igły z aukcji internetowej też swoje… „To dlaczego mam zapłacić takie pieniądze za tatuaż, jeżeli środki do jego wykonania kosztują niewiele?! Lepiej u kumpla w piwnicy się wydziarać. On nadmiar farby usuwa zazwyczaj czystą skarpetką, igła też na początku tygodnia jest czysta. Pójdę do niego. „Fikcja czysta, jak najbardziej, ale to taki uproszczony schemat myślowy „klienta“, który w wyborze usługodawcy (nie wszyscy moim zdaniem powinni być określani mianem artysty) kieruje się wyłącznie wyściskanymi złotówkami. Za co tak naprawdę płacimy?

    Najprostsza i najbardziej prawdziwa odpowiedź: za wiedzę. Idąc na studia np. zaoczne płaci się czesne. Jest to jak najbardziej normalne, mało osób protestuje. W powietrzu nie wisi kolejna rewolucja studencka. (Choć może powodem jest masowa emigracja: nie ma zwyczajnie kto studiować…) Czesne to w dużej mierze literki przed imieniem i nazwiskiem. Płacimy też za stres wykładowcy przed każdą sesją egzaminacyjną oraz za 5 minut wstydu (magisterka). To są koszta nauki. Z tatuażem jest podobnie. Ktoś przesiedział ten czas w studiu tatuażu, podglądając innego tatmajstra: ktoś się wstydził swojej pierwszej pracy… teraz pobiera opłatę za swoją ciężko zdobytą wiedzę. Choć literek przed nazwiskiem nie ma zbyt wielu tatuażystów, to jednak są oni zazwyczaj specjalistami w swojej dziedzinie. Zazwyczaj, bowiem nie szyld nad lokalem czyni artystę. Murarz, stolarz, astronauta… Każdy może otworzyć studio, jeśli spełnia wymogi kochanego sanepidu, lud jak pisałem wcześniej, umiejętnie je ominie. Co też nie jest trudne. Materiały niezbędne do wykonania tatuażu, zamawiane w hurtowych ilościach, to parę groszy z całości ceny, jaką płacimy za pracę artysty. Reszta to czas twórcy. Przewija się od dawna porównanie z telefonami komórkowymi i ciuchami. Wydać 300 zł na buciki albo dresy to nie problem, 1000 zł na wszystko mający telefon to też nie jest ból. To czemu 800 zł za tattoo to niemalże porodówka? Śmieszności sytuacji dodaje fakt, że buty się zmieni, telefon też, a ciało niekoniecznie. Dla tych, co nie wiedzieli: jeszcze nie ma takiej opcji.

    Jak w każdej profesji są prawdziwi artyści i zwykli naciągacze. Nie umie taki rysować/malować, coś tam na forum poczytał o tatuażu, ale nie za dużo, bo na imprezkę leciał: wiadomo piwko nie może czekać, a wiedza nie zając, marchewki nie zżera. Ceny jakimi rzuca, są takie same jak u innych, a poziom prac to gdzieś poniżej określenia „może być“. Jak z piratami na bazarze, jedna cena płytek. Kto się nie zgadza, jedzie z bardzo smutnymi panami do lasu na wycieczkę. W przypadku salonów często bywa podobnie. Jeśli ktoś zaniża ceny lub też ma je adekwatne do poziomu swojego, to ma zaraz „życzliwą“ kontrolę: na forach, na ulicy dowiaduję się o sobie ciekawostek niesamowitych. Zazdrość to straszna rzecz. To też pewna cecha naszego Ciemnogrodu, mocne skłócenie w środowisku. Jam Ci artysta a reszta niech się idzie… kochać. Megalomania I nadmuchane ego, bez zdolności do przyjmowania krytyki.

    Zawsze mam to samo zlecenie: szturm na galerię prac tego tajmajstra. Porównać, ocenić sobie w główce co i za co. Będziemz wiedzieć tak naprawdę za co płacimy. Niestety zawyżanie cen za tatuaż to częsta praktyka. Ma to miejsce gdy dziargator „goni“ z cenami czołówkę (z jakością nadal stoi na starcie) lub uwierzył, że to jest właściwy moment, aby podbić świat. Jako klienci salonów, poruszamy się od skrajności do skrajności, taniość, albo drożyzna. Kto pomyślał, uciekł się wytatuować do południowych sąsiadów. Oni często trzymają wysoki poziom, a ceny nie są wyśrubowane. Zwracajmy uwagę, za co chcemy zapłacić. Nie sugerujmy się fałszywym czasem wyznacznikiem cenowym czy terminem wykonania pracy, jaki wyznaczy na studio. To, że ktoś ma dużo pracy, nie zawsze oznacza, iż jest super dobry. Galeria zdjęć prawdę wam powie to taka mała wyrocznia.


    Jeszcze jeden wątek związany z kapuchą: projekty indywidualne. Podzielić je można na 3 metody:

    1.Projekt zrobiony kiedyś tam, autorski, zarezerwowany dla jednego klienta. Cena jak za „zwykły‘‘ tatuaż

    plus mała górka za indywidualność pracy.

    2.Projekt zlecony tatuażyście I wliczony w cenę tatuażu.

    3.Praca wykonana oddzielnie: osobne koszta projektu oraz osobne koszta tatuażu.


    Która z metod jest właściwa? Oczywiście każda. Tutaj nie ma schematów, które można określić sobie i na kamiennych tabliczkach spisać. Forma zapłaty za takie oryginalne prace jest umowna, podobnie jak i ceny. Kiedyś wbiło mnie w dywan stwierdzenie, że płacę raz, a tatuażysta rysuje tak długo, aż mi się spodoba. Trochę poroniony pomysł. Jeśli coś takiego byłoby powszechne, to termin oczekiwania na wykonanie tatuażu wynosiłby 3 lata. Jak wizyta u lekarza specjalisty w publicznej służbie zdrowia. To w naszym interesie leży przekazanie jak największej ilości informacji o tym co ma być namazane na naszym ciele. Nie bełkotać, że ma być coś tam, ale „zrób sobie jak chcesz“, tylko w miarę precyzyjnie określona wizja pracy. Jak nie mamy tak owej to pokazać paluchem w katalogu, do czego to ma być podobne. Inaczej ze smoka wyjdzie jaskółka, a zażalenia będziemy mogli kierować do składu z węglem a nie do studia.

    Pomalowanie całej ręki, nogi, głowy nie będzie kosztować 150zł. Za każdy luksus trzeba zapłacić, limit cudów na to tysiąclecie został wyczerpany. Oczywiście, jeśli ma to być zrobione dobrze. Marian ze struną, będzie czekać na nas w piwnicy zawsze. W poniedziałek najlepiej się umówić, igła zmieniana w weekend. Tylko czy to będzie można nazwać tatuażem artystycznym? Wybieranie tatmajstra za pomocą limitu kieszeni, powoduje, że nigdy nie uwolnimy się od skojarzenia: tatuaż-więzienie. Niebieskie blizny, będą zawsze synonimem kryminału, a moher widząc piękny, kolorowy rękaw nadal będzie wrzeszczał, że „kajdaniarz‘‘ idzie. Nie wierze, że kiedykolwiek pozbędziemy się „piwniczyków“. Nikomu na świecie to jeszcze się nie udało, ale możemy myśleniem dać im solidnie w dupę. Najpierw myśleć potem działać/rać.

  • Artykuł autorstwa: Michał (Dante) - Tattoo Fest 6/2007

  • Jak wybrać wzór ?

    Chcemy posiadać na swoim brzydkim ciele tatuaż. Z odrazą patrzymy na nie, jakieś takie mało kolorowe, takie samo jak u innych. Wpadliśmy więc na pomysł pomazania się tatuażem. Koncepcja jak najbardziej dobra. Tylko co to ma być za wzór? Smok, kwiatek, tribal, a może wszystko naraz? Osiołkowi w żłobie dano… Albo właśnie nie dano, bo nic ciekawego nie ma. Zasoby internetu powinny zaoferować duży wybór wzorców, w końcu jest w sieci praktycznie wszystko.

    Wybieramy sobie upragnione trzy chińskie literki i lecimy z nimi do studia, będąc pełni wiary, że to jest naprawdę to. Pokazujemy tatuażyście… A ten zabija nas śmiechem. Poszukiwanie motywu na tatuaż w sieci jest wybitnie słabym pomysłem. Odpada tu element oryginalności. Mamy to samo co 121134213453 innych osób. Nie tylko my wpadamy na ,,błyskotliwy“ pomysł ściągnięcia ,,wzorku“. Skoro już jestem przy popularnych krzesełkach (chińskie litery), to trzeba pamiętać, że Chińczycy i Japończycy mają taka małą podpuchę w postaci trzech alfabetów. Kanji, hiragana I katagana. Pierwszy tyczy się słów, które od dawna są w użyciu, są wyrazami rodzimymi. Pozostałe dwa służą do zapisywania wyrazów obcych dla tego języka, zwykle po sylabie. Zapewniam drogie Panie, że imienia Szczepan nie da się zapisać jednym znakiem;) Spotkałem się z osobnikiem, który stwierdził, że wytatuuje sobie imię ukochanej na przedramieniu. Tatuażysta machnął mu trzy znaczki. Ten zadowolony poleciał do lubej pochwalić się nabytkiem i… Oberwało mu się zdrowo, bowiem panna widziała w sieci, że jej imię zapisuje się czterema znakami… Propozycja na magisterkę: ,,Wpływ tatuażu na częstotliwość rozwodów w Polsce“.

    Po co się tak męczyć I samemu wyszukiwać sobie coś słabego? Przecież tatuażysta to nie tylko organiczna część maszynki. On, wbrew wszystkiemu też potrafi coś narysować. Powędrujmy z planem podbicia świata do studia i powiedzmy, czego chcemy. Tam zwykle otrzymujemy kilka przykładów na określony motyw, jak to można zrobić, w jakiej koncepcji będzie utrzymany nasz przyszły tatuaż itepe. Możemy też zlecić narysowanie określonego motywu. Wtedy otrzymujemy bardzo pożądaną oryginalność.

    Ktoś powiedział kiedyś, że jak chce się być oryginalnym to nie powinno się tatuować wcale, ponieważ coraz mniej czystych ciałek wędruje po ulicach. Trzeba zachować lekki dystans do tego, że ktoś na drugiej półkuli może mieć ten sam wzór. Tłumaczyć możemy to sobie w ten sposób: motyw podobny, ale to zawsze będzie nasz tatuaż, nikt inny NASZEGO nie posiada. Problem z głowy.

    Internet jest dobry dla tych, którzy chcą, ale się boją. W skrócie: dla niezdecydowanych. Inspiracji dla przyszłego tatuażu można poszukać, czemu nie, ale nie obstawać uparcie przy dokładnie takiej wersji danego wzoru. Tribal przypominający rozjechaną żabę to nie jest sztuka przez duże „SZ“. W 95% w dwa lata po zrobieniu nudzi nas taki wzór. Zaczyna się marudzenie i kombinatorka. Przeglądając fora internetowe, co chwila trafia się tam poszukiwacz zaginionych wzorów. Z uporem maniaka twierdzi, że nie może czegoś odnaleźć. Jak coś takiego czytam, to mam potem z godzinę myślenia, jak taki typ włączył komputer? To niby proste, ale znalezienie galerii z pracami, względnie wzorami również.

    Zastanawiające jest również dorabianie sobie filozofii do danego motywu. Klient często dopisuje historię (najlepiej jak sięga ze 100 lat wstecz)do tatuażu. Tylko jaki w tym cel? Ano taki, że facet bełkocze potem kumplom po pijaku, jaki to ma mistyczno-mistyczny tatuaż (jakieś kreski na ramieniu), a kobieta twierdzi, że jej delfinek jest lepszy bo taki sam miało na świątyni wymarłe plemię Klocbunstrukermenów… Nie dokładajmy nadętej filozofii do czegoś co jej zupełnie nie wymaga. Trzeba cieszyć się z posiadanego tatuażu, a nie uprawiać gdybologię stosowaną. Już zupełnie lepiej powiedzieć, że tatuaż wiąże się z jakimś wydarzeniem w naszym życiu. Za każdym razem, gdy go widzimy, przypomina nam się tamta chwila. Jest to lepsze niż pisanie historyjek pijackich, które można określić modnym ostatnio słowem „porażające‘‘.

    W tej pisaninie biorę też pod uwagę osoby, dla których tatuaż to ozdoba. Na poziomie nowych kolczyków. Tak wiem, kolczyki można wyjąć, a tatuaż jest na całe życie. I co z tego? Wcześniej przeczytaliście, że takie „wzorkowanie‘‘ nudzi się. I to prawda. Nie każdy musi traktować tatuaż serio. Niektórzy żyją chwilą i tatuaż to dla nich chwila. Potem zakryje go ubraniem, albo zwyczajnie zapomni, że go ma. Niemożliwe? Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko trudne do zrobienia. Zatem przestrzegam kochanych wydziaranych przed robieniem papki z mózgu wszystkim szukającym wzorów.

    Tatuażem może dzisiaj się stać niemalże każdy obraz. Wszystko zależy od zdolności tatuażysty i (nie oszukujmy się) pieniędzy. Można poszukać w obrazach z przeszłości. Wiele elementów jest przetwarzanych w innym stylu. Dr Google oferuje nam nieskończenie wiele różnych zdjęć, niekoniecznie musi to być fotka tatuażu. Choć jak ktoś napisał, trudno o naprawdę dobre zdięcie smoka. Fakt! Niemalże niemożliwe… Trzeba mieć cierpliwość i chęci. Jak tego brakuje, to się później paraduje z czarnym, wypełnianym Kanji. Lenistwa sieciowego nie trzeba daleko szukać. Przykład: „Szukam wzory tygrysa, tylko żeby wyglądał jak prawdziwy. Jeśli macie jakieś wzorki to podeślijcie na dupazemnieniechcemisieszukać@cośtam.pl. Ręce z majtkami opadają. Jest tyle zdęć tego futrzaka, że problem raczej stanowi wybór jego pozy, a nie zdobycie „wzorku“.

    Po tym wszystkim małe, końcowe „ale“, o którym już było. Moja rubryka to I powtarzać się będę Gdy już znajdziemy ten upragniony motyw, gdy tatuażysta go dla nas narysuje, jeśli odnajdziemy go w google lub też spadnie na nas z kokosem, który niosła jaskółka, postarajmy się zostawić tatuażyście trochę swobody. Jeśli uważa on, że coś można poprawić, zrobić w inny sposób, pozwólmy mu na to. Nie spartoli pracy, a być może zobaczył coś, czego nie widział twórca wzoru I postara się to zrobić lepiej. Artysta powinien mieć trochę miejsca na swoje trzy grosze. To nie ksero. Tworzenie tatuażu powinno być współpracą, a nie bezmyślnym nakłuwaniem skóry. Gdybym ja powędrował do studia, a tatuażysta wykonywałby mój ukochany wzorek ze słuchawkami na uszach, nie otwierając do mnie gęby… Z radością zrobiłbym sałatkę z takiego buraka. Każdy jest czasem zmęczony drugim człowiekiem zrozumiałe, lecz tatuażysta jest w pracy a to powinno go to do czegoś zobowiązywać.

  • Artykuł autorstwa: Michał (Dante) - Tattoo Fest 7/2007